Wchodzę na kort

Mezo to  jeden z najpopularniejszych artystów młodego pokolenia - dobrze znany fanom hip - hopu, mniej kibicom.  A związki ze sportem Mezo, a właściwie Jacka Mejera - który w tegorocznym Pekao Szczecin Open wystąpił zarówno na korcie, jak i na scenie - są bardzo mocne. Grał w piłkę nożną do wieku juniora w Lechu Poznań. Od kilku lat chętnie sięga po rakietę tenisową i... ogrywa rywali w turniejach artystów, jak zrobił to w Szczecinie.

Chyba miałeś zostać sportowcem, a nie muzykiem?

Zdecydowanie tak. Od 9 roku życia, aż przez osiem lat trenowałem piłkę nożną w Lechu. Doszedłem do kategorii juniora, grając między innym ze znanymi z ligowych boisk Bartkiem Ślusarskim - z którym tworzyliśmy atak - oraz Michałem Golińskim. Kilka urazów kostki u nogi spowodowało, że zrezygnowałem z piłki.

 …i chwyciłeś za mikrofon ?

Już gdy grałem w piłkę, muzyka była moim hobby. Z czystej pasji nagrywałem płyty, nie wiedząc nawet, że można z tego - jak i z koncertowania - żyć. W pewnym momencie hobby w sposób spontaniczny i naturalny przemieniło się w moją pracę. Jeśli coś wynika i tworzy się z serca i duszy, można to naprawdę poczuć i robić w życiu z radością.

Do marzeń sportowych wracam w mojej muzyce, a konkretnie rapuję o piłce i tenisie. No i gram w tenisa, co sprawia mi wielką frajdę.

Nagrałeś nawet fajny kawałek o tenisie, który usłyszeliśmy podczas twojego koncertu w Szczecinie...

Tak, to utwór zatytułowany „Wchodzę na kort”. Pierwszy raz wykonałem go w kwietniu podczas meczu Pucharu Davisa Polska – Chorwacja, na Torwarze w Warszawie. Nie gramy go zazwyczaj na koncertach, bo to utwór dla wąskiego grona osób, ale w Szczecinie, gdzie na widowni byli ludzie grający i "robiący" tenis, musiałem go wykonać. Zagrałem z gośćmi specjalnymi – Johnem Jamesem i Ewą Jach. Dodam, że ten utwór, jak i "Muzyka, sport, motywacja" dla wszystkich biegaczy, znalazły się na mojej płycie "Krajobraz po bitwie", którą  wydałem w maju tego roku.

A jak wyglądała bitwa na kortach w Szczecinie w turnieju artystów. Ciężko było?

Organizacja turnieju w Szczecinie, jego rozmach i otoczka, włącznie z festiwalem - zrobiły na mnie wielkie wrażenie. To wszystko jest na wyższym poziomie - również z racji puli nagród dla zawodowców - niż w challengerze tenisowym, odbywającym się w moim rodzinnym Poznaniu. 

Moje zwycięstwo i sam występ w finale na korcie centralnym były i wciąż są dla mnie tak wielkim przeżyciem, że musiałem podzielić się swoimi wrażeniami na blogu (www.tazameza.pl). Graliśmy tuż przed meczem zawodowców, z pełną obsadą sędziów, a na tablicy mogłem widzieć siłę swojego serwisu. A że zdobyłem też Wielką Koronę, wygrywając trzeci turniej dla artystów w tym roku, to czuję się tenisistą spełnionym, mimo że gram w tenisa regularnie dopiero od 5 lat. Wiedziałem, że w turnieju nie zagra Marcin Daniec, któremu nie pozwoliły na to obowiązki artystyczne, ale mój finałowy przeciwnik Łukasz Pietsch, jak i wcześniej Tomek Jachimek byli groźnymi rywalami. 

A skąd u ciebie taki postęp w grze? Jeszcze rok temu Marcin Daniec nie miał sobie równych w turniejach artystów. 

 Myślę, że z dwóch  powodów. W tym roku gram w tenisa więcej niż kiedykolwiek, a poza tym procentuje doświadczenie. Wcześniej myślałem, że na korcie trzeba przede wszystkim mocno „naparzać”. Z czasem zrozumiałem, że potrzeba więcej spokoju i taktyki, zamiast siły uderzeń. To przynosi efekty. Tenis pochłonął mnie również jako kibica. Trzy lata temu byłem obecny na Australian Open, a w tym roku oglądałem z trybun French Open w Paryżu.

Ale chyba nie zrezygnujesz z kariery muzycznej dla tenisa?

Nie. Niedawno wydałem singiel "Święty spokój'“, a teraz kręcimy teledysk do tego utworu. Jesień i zimę traktuję jako porę do pracy w studiu i introwertycznego poszukiwania inspiracji do dalszej twórczości. Wiosną na pewno będę dużo koncertował.

Prestiż  
Październik 2014